Przegląd Demokratyczny "Interview- Europejska Republika Marzeń"

Tuesday, November 1, 2016

Andrzej Kowalczyk (AK): Przewodniczący Rady Europejskiej Donald Tusk, gdy jeszcze był polskim premierem, nie chciał mówić o swej politycznej wizji przyszłości. Odpowiadał, że jeśli jakiś polityk ma wizje, to powinien jak najszybciej odejść z polityki. Czy jest dziś dobry czas na głoszenie politycznych utopii?
Prof. Dr Ulrike Guérot (UG): Wizje to nie utopia. Jeśli ktoś ma wizje, być może powinien udać się do lekarza, okulisty lub wróżki. Jednak utopia jest zdefiniowanym pojęciem w naukach politycznych, zwłaszcza w teorii systemu Karla Deutscha i w jego cybernetyce. W modelu cybernetycznym utopia oznacza drogę, którą społeczeństwo powinno podążać. Jej wyznaczanie jest jedną z najbardziej normalnych – jeśli nie podstawowych – spraw społecznych. To jak termometr w instalacji grzewczej, który pokazuje, że masz w domu na razie tylko 18 stopni, a chciałbyś mieć 23. Aby osiągnąć te 23 stopnie, powinieneś po pierwsze wiedzieć że tego chcesz, a po drugie, jak osiągnąć tę temperaturę. Dla społeczeństwa utopie są tak samo ważne jak osobiste cele pojedynczych ludzi. Nie jest też konieczne, aby osiągać każdy cel. Może się przecież zdarzyć, że zechcesz wejść na Mount Everest, ale nie dasz rady. Jednak właśnie ten cel cię napędza, albo innymi słowy: nakazuje ci, by zakończyć wylegiwanie się na kanapie i wreszcie spróbować. W tym sensie myślenie utopijne w polityce nawiązuje do uroczego sformułowania Samuela Becketta: „Kiedykolwiek próbowałeś, zawsze przegrywałeś. Nieważne. Spróbuj znowu. Przegraj znowu. Przegraj lepiej”. Mówiąc inaczej, zbyt długo mówiono, że to, co działo się do tej pory z Europą, było „bez alternatywy”. Takie stawianie spraw jest bliskie myśleniu totalitarnemu. W końcu polityka polega właśnie na tworzeniu alternatyw. Zdecydowanie potrzebujemy różnych opcji dla dzisiejszej Unii Europejskiej, bo każdego dnia widzimy, że taka, jaką jest, nie może dłużej funkcjonować. Tyle na temat właściwego czasu na pisanie utopii dla Europy.

AK: Po co mamy wymyślać coś nieznanego? Czy nie lepiej wycofać się z europejskiej integracji i wrócić do dobrze znanych państw narodowych? Większość Europejczyków poparłoby to, bo czują, że mają jakiś wpływ na władze krajowe, a na Brukselę nie.
UG: Nie wymyślam nieznanego. W mojej ostatniej książce „Dlaczego Europa musi stać się Republiką?” proponuję przejrzysty ład instytucjonalny i polityczny, który umożliwi funkcjonowanie Europy jako pełnowartościowej demokracji, ponad państwami narodowymi. Nie ma w tym nic nowego. Wręcz przeciwnie, odwołując się do jak najbardziej antycznych pism w historii doktryn politycznych, proponuję dostosować je do warunków nowej europejskiej demokracji, np.: zasadę politycznej równości, oznaczającej, że wszyscy obywatele muszą być równi wobec prawa, czy zasadę podziału władzy. To są truizmy demokracji. Poza tym uwzględniam też trendy, liczę się ze sprawami, na które nie mam wpływu, jak choćby silne poczucie regionalizmu. Szukam sposobu, jakby Europa mogła zrobić z nich użytek. Tak więc nie jest to wymyślanie nieznanego. To raczej dzisiejsza Unia Europejska jest tym, co zostało „wymyślone”, gdyż niewiele instytucji unijnych odpowiada temu, czego intuicyjnie oczekujemy od demokracji. Zamiast więc traktować władze krajowe lub państwa narodowe jako nasz jedyny wybór, moglibyśmy przemodelować naszą europejską demokrację w sposób, który można określić jako podmiotowy. Są duże szanse, że to zadziała. Zwróć uwagę na jedno: prawdziwie reprezentatywna europejska demokracja parlamentarna nie ma nic wspólnego z tym, co dziś nazywamy „Brukselą”.
AK: Czy taka paneuropejska demokracja jest możliwa bez paneuropejskiego społeczeństwa? Nie jesteśmy tacy sami. Większość Polaków ma inne problemy niż Niemcy czy Francuzi. Poczucie wspólnoty europejskiej nie obejmuje całego kontynentu.
UG: Tak, jest możliwa. Nie chcemy chyba stosować się do leninowskiego bonmotu „Społeczeństwo to Ja” (naśladującego francuskiego króla Ludwika XIV, który mawiał: „Państwo to Ja” – „L’État c’est moi”). Innymi słowy: społeczeństwo – lub w tym przypadku różne społeczeństwa – mogą zachować swą kulturową odmienność mieszkając pod tym samym zunifikowanym dachem, w jednym politycznym podmiocie zwanym Europą. To nie kwestia sztucznego produkowania homogenicznego europejskiego społeczeństwa, czy tożsamości, ale kwestia powstania normatywnej tożsamości, umożliwiającej równość wszystkich obywateli wobec prawa. Cyceron nazywał to ius aequum; później John Locke, w tradycji liberalnej, mówił o wolności równej dla wszystkich, nie mając oczywiście na myśli żadnej koncepcji egalitarnej. Przede wszystkim jednak nie zgadzam się z tym, że Polacy, Francuzi czy Niemcy mają tak bardzo różne problemy: w istocie mają te same. Chcą dobrze mieszkać, chodzić do dobrych szkół, mieć dobrą opiekę zdrowotną itd. Społeczny Atlas Europy, który ocenia dane z całej Europy w sposób zagregowany – a nie według „kontyngentów narodowych” – przynosi zdumiewające wyniki. Według nich nie ma żadnych statystycznie istotnych różnic między zwyczajną brytyjską rodziną, a zwyczajną rodziną francuską, czy polską. Jesteśmy do siebie podobni znacznie bardziej niż np. mieszkańcy Indii. A Indie są przecież demokracją z równymi prawami dla swoich obywateli, mimo olbrzymich nierówności dochodowych, analfabetyzmu i 29 różnych języków, z których 17 różni się nawet zapisem alfabetycznym.

AK: Jak wyobraża sobie Pani pierwszy krok do utworzenia Republiki Europejskiej?
UG: Pierwszy krok uczyniliśmy podpisując dokument przewidujący, że w ciągu trzydziestu lat chcemy zapewnić równe prawa dla wszystkich europejskich obywateli, co oznacza równość głosu, równość podatkową i równy dostęp do uprawnień socjalnych. Traktujemy to jako drogowskaz. Wszystkie główne reformy, których potrzebujemy, aby przekształcić Unię Europejską w pełni transnarodową, parlamentarną i reprezentatywną demokrację, opierają się na zasadzie podziału władzy i z niej wynikają. Równość głosu nie musi na przykład oznaczać, że Parlament Europejski bazuje na regule „jeden człowiek, jeden głos”. Równy dostęp do uprawnień socjalnych nie musi na przykład oznaczać utworzenia jednego europejskiego ubezpieczenia od bezrobocia itd. Równość wobec prawa powinna oznaczać, że nie powinniśmy powodować, by obywatele wzajemnie ze sobą konkurowali, jak to obecnie ma miejsce w Unii Europejskiej. Tak właśnie stworzyliśmy wspólną walutę – Euro. Zaplanowaliśmy ją już w 1970 roku, długo leżała na półce. Do czasu, gdy historia otworzyła okienko możliwości w latach 1989/1992; zrobiliśmy dziesięcioletni plan, zaczęliśmy go wdrażać według harmonogramu i w trzech krokach (1994: utworzenie instytucji monetarnych / 1999: ujednolicenie kursów wymiany / 2002: wprowadzenie do obiegu monet i banknotów) wprowadziliśmy Euro. Ustalenie ram czasowych dodawało nam energii do systematycznego urzeczywistniania naszych zamiarów, np. wymiany bankomatów. Jak widzisz, brak celów i przemyślanego systemu prowadzi donikąd. To jest to, co dzisiaj denerwuje ludzi.

AK: Co musiałoby się stać, aby pojawiło się powszechna zgoda na utworzenie europejskiego państwa federalnego?
UG: Powszechna zgoda na Europę – inną niż dzisiejsza Unia Europejska – już jest; choć nie odzwierciedlają jej instytucje unijne. To rodzaj ukrytej większości, która nie może się zmaterializować do czasu, gdy Rada UE jest organem decydującym o Unii i podejmuje decyzje oparte na narodowych schematach. Ta ogólnoeuropejska większość jest niewidzialna. Partie populistyczne w krajach członkowskich Unii mają najwyżej 30% poparcie, ale nie mają za sobą większości. Wynik w okolicach 50%, jaki pokazały ostatnie wybory prezydenckie w Austrii, albo sprawa Brexitu są możliwe tylko wówczas, gdy system wytwarza skrajną polaryzację.

AK: Eurosceptyczna partia Jarosława Kaczyńskiego w zeszłym roku wygrała w Polsce wybory. W ramach protestu przeciw łamaniu przez niego Konstytucji powstał Komitet Obrony Demokracji i bardzo szybko zorganizował dużą proeuropejską demonstrację. Czy uważasz, że takie ruchy obywatelskie mogą wpłynąć na kształt integracji europejskiej?
UG: Tak, sądzę że ruchy obywatelskie będą odgrywały w nadchodzących latach jeszcze większą rolę. Jestem szczęśliwa, widząc w Polsce tak wyczulone i aktywne społeczeństwo obywatelskie. Nie jestem tym jednak zaskoczona, gdyż znam ten entuzjazm od czasów Lecha Wałęsy. W Internecie można obecnie dostrzec mnóstwo ruchów obywatelskich i społecznych inicjatyw, które się formują, współpracują ze sobą, wymieniają i działają razem ponad granicami państw. Europa właśnie tworzy się od podstaw i nawet jeśli Unia Europejska się rozpadnie, to obywatele utrzymają Europę odnowioną, demokratyczną i bezpieczną socjalnie.
Prof. Dr. Ulrike Guérot – niemiecka politolożka i komentatorka, w 2013 roku wspólnie z Robertem Menasse opublikowała Manifest Republiki Europejskiej; założycielka i dyrektor think tanku Europejskie Laboratorium Demokracji. Jej najnowsza książka, „Dlaczego Europa musi stać się Republiką? Polityczna utopia” jest właśnie tłumaczona na język polski.

The original text may be obtained here: http://przegladdemokratyczny.pl/000809-Andrzej-Kowalczyk-Wywiad-z-Ulrike...

zurück zur Übersicht